W przytulnym ich salonie co tydzień wieczorem zbierała się spora garstka osób z inteligencji. Miło płynęły nam chwile podczas posiedzeń, tak że uczestnicy rozjeżdżali się z żalem dopiero ostatnim tramwajem.
Rok 1917 Agnieszka powraca z dwojgiem dzieci do Czechosłowacji, gdzie na seansach u państwa K, poznaje 30-letniego inżyniera Ryszarda.
Wyróżniał się ze wszystkich swoją wprost nieziemską subtelnością ducha i gołębią dobrocią oraz niepospolitą bystrością umysłu.
Był on prawą ręką generalnego dyrektora największych hut żelaznych w Czechosłowacji. (...)
Rzadko spotykałam w obecnym życiu ludzi tak prawego charakteru i tak wielkiej wiary.
Między tym dwojgiem rodzi się czyste, pozbawione namiętności uczucie. Dodatkowo podzielają zainteresowania kontaktami ze światem duchowym.
Wieczorami wysmukłe palce Ryszarda wydobywały rzewne tony z cytry, na której grywał.
Prawie co wieczór miewaliśmy miłe pogawędki ze światem duchów. (...)
Jasnego płomienia naszej miłości duchowej nie mąciło żadne drgnienie namiętności.
Obiecaliśmy sobie żyć w takiej czystej miłości i po ślubie.
Jedynym akcentem w jakim się różnią, to niechęć Ryszarda do nieustannych wizyt osób proszących Agnieszkę o pomoc.
W międzyczasie przylgnęliśmy do siebie duchowo z inżynierem R.M. Kiedy zamieszkałam osobo z dziećmi, zaczęli do mnie co dzień przychodzić albo i przyjeżdżać ludzie z prośbą o radę i pomoc, gdyż ze zdolności jasnowidzenia byłam tam już znana dawniej. Ryszard posmutniał i przemyśliwał, jakby mnie ochronić od tych wizyt różnych ludzi, którym raz po raz daremnie się wymawiałam, że nie mam czasu, lub że jestem zmęczona, lecz prawie zawsze ulegałam ich prośbom i rozpatrywałam ich boleści i smutki, udzielając im rad i pomocy.
Ślub miał się odbyć za granicą na Węgrzech, potem mieliśmy już wrócić do swego mieszkania.
Pomimo że oboje planują wspólną przyszłość, a Ryszard zamawia wypoczynek w górach oraz kompletuje meble do mieszkania, on sam ma przeczucie iż jego życie nie będzie zbyt długie.
Dni, tygodnie, miesiące płynęły jak sen, a Ryszard obmyśliwał, jak i gdzie mielibyśmy sobie stworzyć naszą przyszłość.
Pod wpływem jasnowidzenia u siebie wiedział, jeszcze nim mnie spotkał w obecnym życiu, że wędrówka jego nie będzie długa na ziemi.
Toteż parę razy wyszeptał niemal prosząco, patrząc wieczorem w gwiazdy:
"O Panie, Ojcze mój, jeśli wola Twoja święta, pozwól mi tu być dłużej, bym mógł chociaż zabezpieczyć ją razem z dziećmi, aby miała swój spokojny kąt na świecie i mogła poświęcić się pracy literackiej, żeby dobre duchy mogły przemówić tą drogą do ludzi!" (...)
Dobre duchy o wszystkim pięknym mówiły, lecz nie wspomniały nic o naszej wspólnej przyszłości. Więc Ryszard, zdany na wolę Bożą, czynił dalsze kroki.
Po wybraniu willi gdzie mogliby razem zamieszkać, inżynier postanawia zmienić pracę aby mieć blisko do Wisły. W tym celu wysyła podania i z kilku pozytywnych odpowiedzi wybiera Trzyniec.
Generalny dyrektor z żalem przyjął wiadomość, że Ryszard chce opuścić W., dając mu świadectwa jak najlepsze i zalecając go w nich jako najzdolniejszego inżyniera, jakiego poznał. Niedługo z wszystkich 6 miejsc, gdzie Ryszard wniósł podanie, przyszły przychylne odpowiedzi. Zdecydował się na Trzyniec, miejscowość, pasmem gór pogranicznych tylko oddzieloną od Wisły, gdzie obecnie przebywam. Wybrał już willę, w której mielibyśmy zamieszkać, robił już starania, aby pokoje były należycie umeblowane, żeby nam w nich było miło i dobrze pracowało się duchowo.
W międzyczasie chcąc dokończyć prace u dyrektora hut żelaznych, odwozi Agni na letnisko.
Nim jednak mieliśmy wyjechać za granicę, postanowił odwieźć mnie z dziećmi na letnisko, a on sam chciał wykończyć jak najwięcej pracy dyrektorowi fabryki. Umówiliśmy się że będzie przyjeżdżał na niedzielę do gór.
Plany Ryszarda są konkretne, nakreśla bowiem pozbawioną trosk przyszłość.
Ryszard powiedział: "Kiedy wrócimy po ślubie, wezmę nauczycielkę do dzieci, pokojówkę i kucharkę, a ty wypoczniesz; będziemy dużo przebywali w ogrodzie i na przechadzkach, a podczas urlopów będziemy podróżowali!"
Uprzedza jednak że po powrocie rozpoczną wymarzoną pracę literacką, co ma wykluczyć wizyty potrzebujących. Agnieszka jednak nie jest pewna, czy byłby to właściwe postępowanie.
"- Ale ustaną wszelkie wizyty ludzi, proszących o rady, na co, mam nadzieję, zgodzą się i dobre duchy, bo wszystek wolny czas będziemy obracać na pisanie." (...)
Przed wzrokiem ducha snuły mi się nieprzerwanym pasmem postacie różnych ludzi.
Możni, bogaci, na wysokich stanowiskach - i ludzie zwykli, szary tłum, wśród którego jednak jakże nieraz płonęły złote światła wiary w Boga i wielkie zrozumienie dla spraw ducha.
A było i czasem i koło stu osób dziennie i niejedni ze łzą w oku nieraz odchodzili po całym dniu czekania, nie mogąc się doczekać swojej kolei.
Niespodziewanie w domku letniskowym, Agni napotyka niewidomą dziewczynkę która tam mieszka z matką Barbarą.
I nagle rozpłakałam się głośno. Ryszard za chwilę przyjdzie, on, Ryszard, który chciałby mi nieba przychylić na ziemi, odsuwając ode mnie tych wszystkich nieszczęśliwych, abym tylko w spokoju pisała o życiu po tamtej stronie. Mamy wyjść na dłuższą wycieczkę - i czyż będę mogła być pełna radości po tym, com widziała?
Uzdrowienie tego dziecka, będzie znaczącym etapem w jej praktyce, oraz dalszej pracy na rzecz innych.
Otworzyłam oczy, spojrzałam na twarz dziewczynki.
Uśmiechała się, patrząc na mnie spokojnie, a jednak radośnie.
- Co teraz? Co to będzie? - pomyślałam, jak ze snu zbudzona.
- Ryszard, Ryszard! - zawołałam przez otwarte drzwi, słysząc jego kroki na balkonie. (...)
Zaprowadziłam go do łóżka dziecka. Bez słowa ukrył twarz w dłoniach i zapłakał ze wzruszenia.
- Miluśko, aż takie cuda? ..."
Ryszard również miewa przebłyski jasnowidzenia, choć nie w takim stopniu jak Agnieszka. Pewnego razu we śnie widzi dom w górach, a w nim Agnieszkę poświęcającą czas na pisanie.
Ujrzał mianowicie góry, a na jednej z ich dom. Widział mnie przy biurku, a na drzwiach napis: 'Redakcja'.
Byłam już starsza i słyszałam, jak mówię do niego, czy kogoś innego (...)
- Zdawało mi się - mówił - jakby to miało być na emeryturze.
Gdybym z woli Bożej mógł pobyć dłużej na świecie, to przeszedłszy na emeryturę, całymi dniami oddawałbym się pracy duchowej i pewnie zamieszkałbym chętnie choćby na najwyższej górze beskidzkiej, byle jak najdalej od zgiełku świata.
Nie znając dokładnie przyszłości, odnosi ten obraz do siebie i Agnieszki, wyobrażając sobie iż spędzą razem kolejne lata. Niestety jego śmierć przychodzi nagle i tylko jego matka, ma niedobre przeczucia.
Ryszard odszedł w zaświaty nagle podczas epidemii hiszpanki.
Pracował za innych chorych inżynierów, nie pomogły moje prośby, by się nie przemęczał.
Uspokajał mię:
- Już nie długo, a wyjedziemy na długi wypoczynek.
Po niedzieli jedziemy do Węgier, a potem w góry!
Zabrał sobie jeszcze do domu wiele pracy z kancelarii.
Pracował wiele do nocy, potem dostał kaszlu.
Zatroskana matka podeszła do jego łoża, prosząc, by parę dni pozostał w domu i nie szedł do biura.
Widząc, że Ryszard coraz trudniej łapie oddech, postanowiła posłać po mnie i po lekarza. Ale on uspokajał ją uśmiechem:
"Nic mi nie będzie, wyśpię się, odpocznę..."
Po bolesnym skurczu serca zasnął cicho i odłączył się od ciała.
Ta nieoczekiwana śmierć zmienia plany Agnieszki. Pozostanie ona jeszcze we Wiśle i tam pozna przyszłego męża Jana Pilcha. To z nim wybudują willę na zboczu Jarzębatej oraz utworzą redakcję czasopisma 'Hejnał'.
Nie stało się tak, jak tego gorąco pragnął: nie został na ziemi, by ze mną pracować. Odszedł w zaświaty w r.1918 pod jesień. W jakiś czas wrócił jako duch i często odwiedzał mnie duchowo. Gdy najmłodsza moja córka z obecnego małżeństwa przyszła na świat, raz po raz spojrzał na mnie przez oczy jej do ósmego miesiąca życia, lecz potem odszedł. Dopiero teraz wrócił. Zastał domek na górze i mnie z mężem przy biurku.