Minęły dwa miesiące od śmierci Ryszarda M. z którym Agnieszka miała wziąć ślub, gdy nieoczekiwane wypadki zmuszają ją do poszukiwania schronienia po polskiej stronie granicy.
W kwietniu 1920 r. podczas walk plebiscytowych na Śląsku Zaolzańskim, gdzie podówczas krótko przebywałam - zaczęto patrzeć na mnie niechętnie z powodu niesienia pomocy, rad i wskazówek uciśnionej ludności polskiej. Za wskazaniem opiekuńczych duchów miałam się przenieść do Wisły. Nie wahałam się.
I to nie koniec tragicznych wieści, gdyż niebawem dowiaduje się o zniszczeniu swojego dobytku. Jest to więc znamienny sygnał, że nie może pozostać dłużej na terenie Czech.
Wyjechałam więc - a wkrótce przysłano mi zawiadomienie, że rzeczy moje uległy zniszczeniu na skutek "wielkich upałów", które spowodowały pożar domu, gdzie były złożone.
Nie jest to pierwsza wizyta Agni na tych terenach. Z wcześniejszych opisów widomo że bywała w tym rejonie z Ryszardem w czasie jego urlopu.
Po przyjeździe do Wisły - według dalszych wskazówek - zamieszkałam u nauczyciela P., sama nie wiedząc, dlaczego właśnie u niego, a nie gdzie indziej. Dzieci oddałam do szkoły. Biedna była wówczas ta szkoła, biedna pod wielu względami pomimo wysiłku dobrej woli nauczycieli i władz szkolnych.
Niebawem doświadcza wizji zbliżającego się oficera, który będzie jej pomocą i oparciem na kolejne wypełnione trudem lata.
Wnet zauważyłam, że to nie są zwykłe opary, snujące się po górach, gdyż w tych białoróżowych chmurkach zaczęła się formować postać ludzka. Po chwili zarysowała się wyraźniej postać oficera polskiego; zaczął schodzić, jakby spływał z góry, wprost w moją stronę. (...)
A lękałam się, jak ja sama na ziemi przejdę z tymi dziećmi przez życie.
Wcale jednak nie ma ochoty na kolejny związek i przed kolejnym zobowiązaniem wzbrania się różnorakimi argumentami, wyliczając je sobie skrupulatnie. Tym samym jednak marzy o idealnej miłości, tęskniąc do 'wiecznego małżonka' choć sama nie wie dokładnie kim mógłby on być.
"- O nie, nie! Żaden oficer nie będzie mi zastępował drogi, nikomu nie pójdę w objęcia i nie pozwolę zbliżać się do mnie.
Zniweczę, wyrwę z duszy mej każde drgnienie, które by chciało mnie wstrzymać na drodze i pozbawiać sił.
Tak, pozbawiać sił - dodałam już niemal z płaczem - bo czyż jest gdzie na świecie mój wieczny małżonek? Czyż spotkam go kiedy?"
Oficera tego pozna niebawem podczas podróży powozem i niemalże od razu wpadnie w jego ramiona, kiedy konie ruszą 'z kopyta' a Agnieszka z wrażenia zechce wstać podczas jazdy. Na szczęście Jan w porę uchwyci pasażerkę, która na długo obleje się z wrażenia rumieńcem.
Pociąg dochodził wówczas tylko do Ustronia, dokąd się trzeba było dostać autem lub konno.
Zamówiłam już wieczorem konie. Z rana znajoma naucz. P P. przyszła zapytać, czy może także się przysiąść ona i pewien pan, gdyż tego dnia wszystkie miejsca w autobusie będą zajęte, wszyscy bowiem jada wymieniać marki na złote.
Wsiadłam do powozu; naprzeciw mnie siedziała p. K., a wnet przysiadł i ten pan, oficer.
Jakoś wcale na niego nie spojrzałam robiąc mu miejsce obok siebie. (...) Nagle tak mi się jasno wszystko przypomniało, że ani się spostrzegłam, jak stanęłam w powozie i najchętniej bym z niego wyskoczyła.
Dopiero wtedy wspomnienia z poprzedniego życia zaczną napływać i Agnieszka ze zdumieniem stwierdzi że z Janem znają się 'od wieków'.
Gdy przyszedł do nauczyciela P., wnet znikałam z pokoju, ale nie byłam w stanie pójść dalej, jak za drzwi. Opierałam się o drzwi i wsłuchiwałam się - nie w to, co mówili, to mnie nic nie obchodziło - ale w jego głos, który dolatywał mnie jak poprzez wieki. Pilch przychodził często, a ja mocować się zaczęłam z przypływem dziwnego drżenia, gdy go ujrzałam. Nie mogłam wcale zrozumieć, skąd płynie takie jakieś nieokreślone uczucie.
Jan okazuje zainteresowanie właściwościami Agnieszki i choć ta nie stosuje magnetyzacji na pokaz, zawiązuje się między nimi rozmowa, w której to nić porozumienia będzie systematycznie rozwijana.
Gdy usiadłam naprzeciw niego, poprosił pół żartem, pół serio, bym go zmagnetyzowała, przy czym mieszało mu się to z hipnotyzmem. Tłumaczyłam mu, że magnetyzm a hipnotyzm to nie jest jedno - że ja jestem przeciwniczką hipnotyzmu, zwłaszcza jeżeli kto się nim posługuje w nieczystych celach. A magnetyzować ot tak, na pokaz, też nie jestem przyzwyczajona.
Wówczas wewnętrzny wzgląd sprawia, że Agnieszka przestaje się obawiać Pilcha i jest w stanie zaufać nowemu towarzyszowi. Spędzają razem więcej czasu, a ich przechadzka po górach w deszczu będzie mieć nieoczekiwane skutki.
Już widziałam, iż znam go bardzo dawno, dawno, że był głuchoniemym, a ja go prowadziłam do Chrystusa, aby go uleczył. I słuchał Chrystusa - każde drgnienie jego twarzy świadczyło, iż rozumie głębię słów Pana - ale pozostał niemy. (...) Wiedziałam, że wspólnie pracować mamy na niwie ducha, ale jak i kiedy, nie odsłaniało mi się jeszcze w owej chwili magnetyzowania, połączonego z wejrzeniem w głąb jego ducha.
W niespełna tydzień w śliczny letni dzień zaproponował mi dłuższą przechadzkę. Zgodziłam się tym chętniej, że przez cały czas pobytu w Wiśle nigdzie jeszcze nie byłam rozejrzeć się po górach.
Kiedy zaczyna padać a Agnieszka przemoknie do suchej nitki, Jan weźmie ją na ręce co wzbudzi nieprzychylne komentarze, iż wolny kawaler nie powinien zadawać się z rozwódką z dziećmi.
Pilch widząc, jak zmokłam w cieniutkiej markizetce, oddał mi własną marynarkę, lecz i ta wnet przemokła do nitki.(...)
Uczułam się zmęczona, przystanęłam - i nim się spostrzegłam, wziął mnie, jak dziecko, na ręce i niósł przez tę nawałnicę.
A ja ujrzałam nawałnicę, jaka się rozpętała na planie duchowym, by nie dopuścić mnie do zadania, jakie mam spełnić w Polsce- i widziałam jak poprzez tę burzę on ze mną pójdzie, otoczywszy mnie opieką.
Skutek tej obmowy jest odwrotny do zakładanego. Zadurzony Jan postanawia się oświadczyć. Agnieszka podążając za swoim wcześniejszym postanowieniem, wynajdzie powody aby odwieść go od tego zamiaru.
Rezultat tego był taki, że wnet przyszedł prosić, czy zechciałabym zostać jego żoną. Wówczas znów uświadomiłam sobie, że właściwie nikt z moich opiekunów mi nie powiedział, czy idąc za ich wskazaniem do Wisły, miałabym tu wyjść za mąż. Po drugie obawiałam się, że mogę spotkać jeszcze w tym życiu swego właściwego małżonka, będąc już żoną Pilcha i wtedy moglibyśmy z tego powodu wszyscy wiele cierpieć, z może to małżeństwo rozdzielić mię z właściwym małżonkiem i na następne życie. Nie mogłam się więc zdecydować i dałam odmowną odpowiedź.
Zaczyna ją jednak dręczyć niepokój, pomieszany z poczuciem winy.
Pomimo to pragnęłam wyzbyć się tego dziwnego niepokoju i powiedziałam:
"- Panie, małżeństwo to ważna, wielka rzecz. Pan zna mnie tak krótko, bo ledwie dwa miesiące.
Niech pan się zastanowi, jakie obowiązki wziąłby pan na siebie - wszak mam dwoje dzieci, a potem, czy rzeczywiście ta miłość pana jest tak wielka, iżby wystarczała na całą drogę życia, jaką by nam trzeba wspólnie przejść.
Niech się pan dobrze namyśli! A nuż jest pan tylko pod chwilowym wpływem, nuż niechcący pana zahipnotyzowałam?"
Następnie Agnieszka usiłuje 'odmagnetyzować' nieszczęśnika, lecz przy jego prośbach by tego nie robiła, oświadcza że wyjedzie z Wisły, aby Jan mógł zapomnieć i otrząsnąć się z tego.
Spotkałam się z błagalnym spojrzeniem; cały wyraz twarzy świadczył, jak bardzo cierpi.
"- Na Boga - zawołał - niech pani nie wyjeżdża!"
Jednak Agni zacina się w sobie, stanowczo negując potrzebę ponownego wyjścia za mąż:
- Skoro nie mam swojego właściwego małżonka, to cóż się będę śpieszyć z zamążpójściem? Przecież tak mało z tego życia mi trzeba - a zacznę intensywniej pracować duchowo, wszak opiekunowie mi wskażą, jak i gdzie. Pocóż mi małżeństwo? W ogóle wyrwę z korzeniem wszystkie uczucia, jakie by mię naprowadzały na jakiekolwiek myśli o małżeństwie.
Padają słowa ostateczne, tak że w końcu Agnieszka odczuwa głęboki smutek. Jan odchodzi, lecz wcale nie tak daleko.
Przeszłość odżywać zaczęła, przeszłość dawna. To on, on, poznaję - ale gdzież, o Boże mój, ten, którego po Bogu najbardziej umiłowałam? Wtym przypomniałam sobie, iż okno nie jest zamknięte, a ktoś usłyszeć może moje szlochanie. I miałam rację - stał przy schodach i słuchał, jak płaczę. Szybko zamknęłam okno.
Nazajutrz Jan przychodzi ponownie, opowiadając jakie męki przeżywał gdy dostał wczorajszą odmowę.
Porównuje tę chwilę do czasu gdy miał być przez pomyłkę powieszony we Włoszech.
Ale w ostatniej chwili przybył posłaniec, ze świadectwem jego niewinności.
Ostatecznie Agnieszka postanawia zaufać swojemu Opiekunowi duchowemu, który nie znajduje przeszkód dla tego małżeństwa, wyjaśniając że mogą zrobić razem wiele dobrego.
Wtedy Agni zgadza się na ponowne zamążpójście.
Czułam się dobrze, radośnie, pełna sił i ochoty do pracy i zaczęłam się cieszyć, że będę miała dobrego towarzysza, który pomoże mi wychowywać dzieci i będzie dobrym, kochającym mężem. I nim rok z rokiem się zszedł, niebieskie oczka dziewczątka patrzyły na nas.