"Spojrzenie w przyszłość".
Odczyt wygłoszony w POLSKIEM RADJO w Katowicach
w dniach 9 I 18 1932
(w skrócie w/g Il. Kuryera Codziennego z dnia 6 czerwca b.r.) z
" Z licznej rzeszy głośnych obecnie jasnowidzów, Agnieszka P. przyciągnęła moją uwagę z racji ustalonej o niej opinji, że jest bezinteresowną i prostą. Prostota i bezinteresowność! Dwie cnoty tak doniosłe a zarazem tak rzadkie, że sama ich obecność stanowi poważną rękojmię zaufania. Cnoty zasadnicze, które są lub ich nie ma, niemożliwe do zastąpienia przez najkunsztowniejszą imitację.
Opinja nie była w błędzie. Bezinteresowną i prostą Agnieszka P. jest niewątpliwie. Niema w niej śladu sztuczności lub pozy. Naturalna pogoda promieniuje z jej zdrowego, tęgiego ciała dobrze rozwiniętej kobiety w pełni sił. Bije z niej czerstwa, dorodna pracowitość, gospodarność, zamiłowanie do ochędóstwa, do ładu, domowego i życiowego porządku. Niejednokrotne macierzyństwo, miłość dzieci, czuła dbałość o przyszłość ich i zdrowie, malują się na jej twarzy. Z pewnym zawodem przychodzień stwierdza te zalety i darmo szuka czegoś więcej. Boć nie dla poznania dobrej matki, wzorowej pani domu, schodzą się tu ludzie wszystkich sfer, z najdalszych nieraz stron. Gdzież to czego szukają? Gdzie ów talizman, wyróżniający sympatyczną gosposię z pomiędzy tysiąca innych?
Niewidoczny na razie, zamajaczy może chwilami w oczach, zbyt niebieskich, nieco wypukłych, o połysku porcelanowym, nieruchomiejących czasem dziwacznie. Zwróci może uwagę w kształcie reki o zwężających się mocno ku końcowi palcach, który Desbarolles, stary teoretyk chiromancji, określa jako palce ociekające fluidem, typowe: "doigits d'un voyant".
(...)
Agnieszka przygląda mi się uważnie.
- Nie mam jeszcze z panią żadnego kontaktu - wyznaje, krzątając się po kuchni. Wraca na swe miejsce, znów patrzy, rozpogadza się jak człowiek, który odcyfrował niewyraźny napis, uśmiecha się przyjaźnie.
- Już wiem - powiada - o kogo pani chce pytać?
Rzuca imiona ludzi odległych, na pewno jej nieznanych. - Co robią w tej chwili? Gdzie są? Co myślą ? Co ich czeka?
- ...Zaraz... Zaraz...
Pokrywka na imbryku podskakuje, kołacząc lekko. Mucha brzęczy w rogu okna. - Agnieszka przesłania ręką oczy, wciąga głęboko oddech, jak nurek przed zanurzeniem się w wodę, trwa chwilę nieruchomo, odsłania oczy bardziej niż przedtem niebieskie, nieobecne. Już wie. Już odnalazła tych, o których pytałam, już ich dognała, zobaczyła. - Moment czasu dla mnie zaledwie, by odczytać w tę i tamtą stronę napisy: cukier, sól, pieprz... pieprz, sól, cukier... dostateczny był dla niej, by przebieżeć ogromne przestrzenie odległości i czasu.
- ...Opowiem naprzód jak wyglądają...
I spokojnym, równym głosem, tak pewnym, jakby czytała z leżącej na kolanach książki, Agnieszka opisuje mi wygląd zewnętrzny, ruchy, gesty oddalonych. Nie ogranicza się tem. Jej wzrok ma właściwości Roentgena. Z dokładnością medyczną określa przebywane przez nich choroby, pozostałe wskutek tego wady, defekty, uszkodzenia cielesne. Niektóre tak drobne, utajone, że obecności ich nie podejrzewa nawet sam właściciel ciała i dopiero zastosowane później prześwietlenie wykaże prawdziwość słów widzącej.
Z równą ścisłością opisuje charakter, zdolności, usposobienie. Mimochodem daje rady wychowawcze i lecznicze. Trafne, rozsądne, oparte na przyrodolecznictwie, pozbawione wszelkiego posmaku czarów.
Woda gotuje się coraz głośniej. Agnieszka wstaje, odsuwa ją na bok. Poprawia ogień. Ktoś stuka do drzwi. Jakiś biedak, bezrobotny... Daje mu wsparcie, zamienia kilka przyjacielskich słów, wraca na swe miejsce, snuje dalej swobodnie przerwany tok wizji. Widzenie nie pierzchło. Dziedzina podwójnego wzroku, niepojęta dla nas, niezrozumiała, jest dla niej równie rzeczywistą, naturalną i bliską, jak otaczające sprzęty. Porusza się w niej z równą swobodą, co w swojem mieszkaniu. Rzuci okiem tu na płytę, kontrolując gotujące się potrawy i bezpośrednio spojrzy tam, w niedosięgłe innym oczom kraje. Może mówić równocześnie o jednem i drugiem. Jest obecna zarazem na tym i tamtym planie. I ta zdolność nawiązywania kontaktu z "tamtem", nie tracąc związku z "tem", łatwość oddalania się duchem i natychmiastowego powrotu, wydaje mi się zjawiskiem przedziwnem, stawiającem Agniszkę P. powyżej wszystkich znanych ogólnie jasnowidzów.
Proszę mi teraz powiedzieć coś o mnie?...
- Dobrze.
Ponowne zasłonięcie oczu. Głębokie wdech. Opuszcza ręce, patrzy wprost przed siebie przeraźliwie niebieskimi oczami - już wie.
- O czem mówić wpierw? Przeszłość? teraźniejszość? przyszłość?
- Jak pani woli...
- O, dla mnie to wszystko jedno... Przecież ja to mam jednako przed oczami...
I zależnie od tego, co wybąkają oszołomione tem stwierdzeniem usta, odmalowuje obrazy, które zdążyła już zobaczyć. Jasno, szczegółowo, wyraziście. Przebierając w nich niby w stosie barwnych kart, wybiera te, które dotyczą żądanej epoki. Bystrzejsza, bardziej świadoma od zastrachanej starowinki kresowej, kryjącej się w rozwalonych koszarach, zdaje sobie sprawę z tego, co dla pytającego jest przeszłem lub przyszłem. Powtarzam: dla pytającego, dla niej bowiem nie stanowi to różnicy. Obrazy, nazywane przez nią kliszami, widzi przed sobą żywe, drgające, niezależnie od tego, czy kształt ich na ziemi dawno zamarł, czy jeszcze się nie narodził.
W miarę, jak mówi, umysł ogarnia oszołomienie, świat wiruje przed oczami. Gdzie ona widzi i czemu tylko jej oczy to widzą? Jedna widząca wśród tłumów ślepych jak krety? Czem to zdobyła Za co otrzymała? Wraz z tem uczuciem buntu i zazdrości, kiełkuje dawno znane posądzenie nierealności materji, złudy materji. Uderza, mąci myśl. Co jest prawdziwe? Co rzeczywiste? Twarda półka drewniana, słoiki z napisem: cukier, sól, pieprz... takie zda się pewne, stałe, konkretne - czy to, co widzące oczy wskroś ich dostrzegają, wyraziście, ostro, jak gdyby drzewo i szkło były cieniem, omamieniem, obłudą, a tamto istotnym kształtem?..."
Skrót do wybranych cytatów - w oryginale ⇓